środa, 21 marca 2012

Spojrzenie

Długa notka, bo dawno nie dodawałam. ;D
Po siedmiu komentarzach następna część! ;D



Po chwili weszła moja matka, jak zwykle roztaczając wokół siebie aurę zimna i niebezpieczeństwa. No, może trochę przesadziłam, ale coś w niej mnie od dawna straszyło, choć nie do końca rozumiałam to uczucie.
- Johnowi na pewno się spodoba – powiedziała, przyglądając się mi z ściągniętymi brwiami.
Mimowolnie się skuliłam. Znów zniszczyła mi nastrój uwagami o Johnie Deminty’m. Moim można powiedzieć narzeczonym, choć to określenie mocno naciągane. Nie kochałam go, właściwie nie żywiłam do niego żadnych uczuć.
Nikt jednak nie zwrócił uwagi na moje zachowanie. Szczęście.
- Pani Verna, ja panią bardzo proszę, niech pani nie ubiera przy mnie tego stroju – Swettla zakryła sobie oczy dłonią. – Ten kolor mnie razi i zabija, pani Verna! Jak pani może? Ta żółć jest po prostu okropna! Pani Verna, wystarczy nawet pół słowa, a zrobię dla pani całkiem nową kolekcję z modnymi i porządnymi kolorami, jak na przykład smocza krew czy wrzos!
Mama spojrzała w dół, na swój żółty golf i czarne spodnie. Nie zauważyła pewnie, że nie wygląda w tym najlepiej, ale to w końcu jej sprawa, w co się ubiera.
- Swettlo, przyszłam tu żeby zobaczyć moją córkę, a nie słuchać kąśliwych komentarzy dotyczących mojego stylu ubierania się.
- Cóż, przynajmniej Roxane ma jakiej wyczucie, że podoba jej się to, co tylko jej dam.
Moja kochana mama miała dość słuchania „stylistki” i zmroziła ją spojrzeniem, którego każdy szanujący się wampir mógłby jej pozazdrościć.
- Spokojnie, pani Verna! Już jestem cicho – Swettla zrobiła „minę w podkuwkę” i odwróciła się do pokrowców. Po chwili zręcznym ruchem zdjęła jeden z nich i pokazała mamie. – I jak? Żółte, tak, jak pani chciała.
Suknia była prosta; minimalny dekolt i elegancka spódnica do kolan, jednak kolor nie pasował. Matka jednak nie chciała innego odcienia. Cóż, jej wybór. Pani Zelory – to jest: zmiennokształtna o kreacjach z najwyższych półek – na pewno będzie szydzić z matki w towarzystwie innych bogaczek.
No cóż, taki jest dzisiejszy świat. Nikt nie zwraca uwagi na wnętrze, ponieważ liczą się tylko domy, majątek, ubrania. No, i oczywiście geny. Wszyscy udają takich ważnych, pięknych, mądrych, idealnych. Długo by jeszcze wymieniać.
A ja.... Ja się do nich nie zaliczam. Nie lubię plotek, kłamstw, wyzwisk, szyderstw. Nie jestem idealna, ale to wiadomo. Ja to wiedziałam, wiedziała to matka, ojciec, Baltimore – wszyscy, którzy mieli ze mną do czynienia.
A ja nie robiłam nic, żeby zmienić ich wiadomości o sobie.

Nadszedł venerdi, ostatni dzień naszego tygodnia. Na samym początku nie czułam niczego dziwnego, niczego co mogłoby świadczyć o tym, że coś się dzisiaj stanie. Jak zwykle obudziłam się w swoim miękkim łóżku, jak zwykle odsłoniłam kotary, jak zwykle z niesmakiem rozejrzałam się po bałaganie.
Wzięłam szybki prysznic, spięłam włosy w lekki kok, ponieważ już pojedyncze kosmyki lepiły mi się do skóry. Założyłam krótkie szorty, cieniutki podkoszulek, ale wciąż było mi gorąco.
Jedyne, co nie było zwykłe to gwar, panujący na dole. Dziesiątki głosów, stukot butów na drewnie, zbite szkło, krzyk – zapewne matki – instruujący wszystko. Ojciec – jak znam życie – zaszył się w gabinecie z gazetą i kubkiem czarnej kawy, co w jego przypadku zdarzało się jedynie podczas dni, w których jego żona wyprowadzała go z równowagi. Czyli mniej więcej przed każdym przyjęciem.
- Roxane! – Głos Marii przebił się przez hałas, zmierzając w moją stronę.
Westchnęłam z ulgą, widząc ją. Była dla mnie uosobieniem spokoju, miłości i bezpieczeństwa. Myśl, że będę się nią żywić powodowała u mnie odruchy wymiotne.
Zaprowadziła mnie do specjalnego pokoiku, gdzie siedziała już Brooke, moja daleka kuzynka, mistrzyni makijażu. Miała taki sam odcień włosów co ja, jednak jej były modnie przycięte. Zielone czy były podkreślone bogini wie jakimi kosmetykami. Miała odrobinę bardziej wyraziste rysy twarzy ode mnie. Jednak jako jedyna z rodziny naprawdę mnie zrozumiała.
- Roxane, wiesz, zajmie mi to z – spojrzała na zegarek – godzinkę, może dwie. Swettla dostarczy suknię, całą noc robiła ostatnie poprawki.
Kiwnęłam głową i usiadłam na wygodnym krześle, zamykając oczy. Postanowiłam spróbować się zdrzemnąć, inaczej czeka mnie rozmowa o facetach, makijażu, ubraniach i tych wrednych panienkach z innych ras. A ja, że nie lubię żadnego z tych tematów, wolałam zamilknąć.

Brooke uwinęła się w półtorej godziny, razem z ułożeniem włosów i pomocą z założeniem sukienki i butów, które mówiąc w głębi duszy, miały strasznie wysokie obcasy. Swettla, zakładając mi maskę, mówiła o tym, jak zaczaruję każdego faceta na sali, a moja kuzynka ochoczo jej potakiwała.
Kategorycznie zabroniły mi przejrzeć się w lustrze z obawy, że ucieknę i zaszyję się w swoim pokoju. Jednak nie zabroniły mi patrzeć na siebie. Brooke ubrała długą do ziemi suknię w kolorze jasnego beżu, a Swettla podobną, ale błękitną. Przy nich czułam się brzydka, trzeba to przyznać.
Poprowadziły mnie na salę. Jak zwykle przytłoczyła mnie swoim ogromem i wystrojem; zewsząd wylewało się złoto. Goście siedzieli już na swoich miejscach, przy stolikach przykrytych jasnobrązowymi obrusami.
- A teraz powitajmy Roxane Vernę, córkę naszych organizatorów! – Rozległ się głos Czarnego Anioła Billy’ego Martens’a, prowadzącego uroczystość.
Ja jednak patrzyłam prosto w zielone oczy chłopaka, który siedział przy stole wampirów. Odwzajemnił spojrzenie.
Bogini, to był wampir z lasu.

7 komentarzy:

  1. Jak komentować? Nic dodać, nic ująć. Ciekawy rozdział z życia Roxane. :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Wohohohoho! :) To chyba oczywiste, że mi się podobało i nie wybaczę ci jeśli szybko nie znajdę na tej stronie kontynuacji ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Co powiedzieć? Cudownie! Choć nadal mi mało. Widać, że się starasz, siostra.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne, właśnie takie lubię <3

    OdpowiedzUsuń